Marek Wielgo
Od 1992 roku jestem dziennikarzem „Gazety Wyborczej”. Od 16 lat w dziale gospodarczym „Gazety”, gdzie zajmuje się nie tylko problematyką związaną z budownictwem i rynkiem nieruchomości (w tym m.in. kwestiami finansowymi), ale także reprywatyzacją i rynkiem zamówień publicznych. Wielokrotnie wyróżniany nagrodami, w tym m.in. honorowym medalem im. Króla Kazimierza Wielkiego za propagowanie na forum „Gazety Wyborczej” zarządzania jakością, popularyzację wzorców dobrej jakości w budownictwie i gospodarowaniu nieruchomościami (w 2003 r.). W 2001 r. i 1999 r. nominowany do prestiżowej nagrody dziennikarskiej pisma „Press” w kategoriach „dziennikarstwo specjalistyczne” oraz „news”.
RSS


RSS
środa, 05 marca 2014

Wielu uważa, że rachunek jest prosty: cena m kw. mieszkania składa się z kosztu zakupu działki, kosztu budowy oraz marży dewelopera. W powszechnym odczuciu ta trzecia pozycja jest najwyższa, dlatego w największych aglomeracjach ceny nowych mieszkań w ofercie firm deweloperskich osiągają poziom 6-8 tys. zł za m kw.

Ceny mieszkań w ofercie deweloperów

Z tym mitem trudno jest walczyć, gdyż w drugiej połowie poprzedniej dekady wielu deweloperom faktycznie udawało się uzyskiwać przeszło 50-proc. marżę. Po tamtych czasach pozostało im już tylko wspomnienie, choć nie mogę wykluczyć, że jakiś pojedynczy ekskluzywny projekt może być nadzwyczaj zyskowny. Obecnie deweloperzy mogą być zadowoleni z 15-25-proc. marży. Czy to dużo? Na pewno tak, skoro dość ochoczo rozpoczynają kolejne inwestycje. Czy mogliby się oni zadowolić niższymi marżami? Obawiam się, że żaden bank nie udzieliłby im kredytu na budowę, gdyby w swoim planie biznesowym przyjęli np. 10-proc. marżę. Po prostu, w naszym kraju działalność deweloperska wciąż obciążona jest dużym ryzykiem (np. biurokracja czy nieuzasadnione protesty, mogą na lata zatrzymać inwestycję, a w konsekwencji zwiększyć koszty). Oczywiście przyparty do muru przez kryzys lub konkurencję deweloper może sprzedać mieszkania rezygnując z zysku.  Przyjmijmy jednak, że nie jest to normalna sytuacja. Wszak chodzi o to, by powstawały nowe mieszkania, a to musi być opłacalne dla tych, którzy je budują. Na marginesie dodam, że bardzo ryzykowne jest kupowanie mieszkania będącego w budowie od dewelopera, który finansuje ją wyłącznie z przedpłat swoich klientów.

Jednak nie marżom chcę poświęcić ten wpis. Jeśli zależy nam na obniżeniu cen m kw., bo zgadzam się, że są zbyt wysokie w stosunku do naszych zarobków, trzeba obniżać przede wszystkim koszty budowy. Składa się na nie wiele czynników, stąd ogromny rozrzut - od 2 tys. do nawet 5 tys. zł i więcej w przeliczeniu na m kw. Zależy to m.in. od rodzaju konstrukcji, standardu wykończenia elewacji, przestrzeni wspólnych i mieszkań. Koszt budowy może bardzo podnieść garaż podziemny, zwłaszcza dwukondygnacyjny.

składniki ceny

Z danych wydawnictwa Sekocenbud, które od 25 lat monitoruje zmiany cen na rynku budowlanym wynika, że w ubiegłym roku potaniały robocizna i materiały używane do budowy domów. W efekcie koszt wybudowania budynku wielorodzinnego spadł o ok. 2,6 proc. Według tego wydawnictwa, trend spadkowy nie potrwa już jednak długo.

Dochodzą tzw. dodatkowe koszty inwestycyjne, czyli m.in. projektu, wszelkiego rodzaju badań i analiz oraz nadzoru. Swoje bierze też fiskus, bo mieszkania obciążone są 8-proc. stawką VAT. Do kosztów budowy trzeba jeszcze doliczyć m.in. koszty finansowe (obsługa kredytu) i marketingu (biura sprzedaży) oraz koszty zakupu i zagospodarowania działki. Tę pozycję zostawiłem na koniec, bo tu widzę możliwości obniżenia cen mieszkań.

Z raportu firmy JLL (do niedawna Jones Lang LaSalle) wynika, że podaż działek przeznaczonych pod budowę kompleksów mieszkalnych i osiedli jest obecnie bardzo duża, a w tym roku najpewniej jeszcze wzrośnie. Sprzedającymi są m.in. deweloperzy, którzy uznali, że w danej lokalizacji niepotrzebny jest im tak duży areał, a także banki, które przejęły grunty od swoich dłużników. A ceny? Za najatrakcyjniejsze działki pod luksusowe projekty niektórzy deweloperzy nadal są skłonni płacić bajońskie sumy, np. w centralnych dzielnicach stolicy nawet 4 tys. zł w przeliczeniu na metr kwadratowy powierzchni użytkowej mieszkania (PUM), a w pozostałych aglomeracjach - 1,3 tys. zł.  Jednak ceny gruntów inwestycyjnych pod budowę tzw. mieszkań popularnych, czyli np. na obrzeżach miast, od czasu wybuchu kryzysu finansowego poleciały na łeb, na szyję. W JLL oceniają, że nawet o przeszło połowę. Np. na warszawskiej Białołęce przed kryzysem deweloperzy kupowali ziemię nawet po 1 tys. zł w przeliczeniu na m kw. PUM. Obecnie są skłonni zapłacić góra 300-400 zł. Po prostu zdają oni sobie sprawę z możliwości finansowych swoich potencjalnych klientów.

Grunty inwestycyjne

Źródło:JLL

Ostatnio w Grupie Budimex dokonano przeglądu aktywów w segmencie deweloperskim. Efektem był odpis wartości części gruntów posiadanych przez spółkę Budimex Nieruchomości w wysokości 61,8 mln zł. Tę „stratę” odbije sobie z nawiązką, jeśli uda jej się zwiększyć sprzedaż mieszkań, które dzięki tej operacji będą mogły być sporo tańsze.

Odważę się stwierdzić, że nawet w Warszawie wkrótce będziemy mogli przebierać w mieszkaniach z budżetową dopłatą w ramach rządowego programu „Mieszkanie dla młodych”. Jednak cieszyć się nie ma z czego, gdyż tą szczodrością rząd może wyrządzić niedźwiedzią przysługę kupującym mieszkania. Po prostu spadek cen mógłby być jeszcze większy, a tak w wielu przypadkach zatrzyma go obowiązujący w programie pułap cen.
Co gorsza, wciąż potężnym problemem pozostaje kwestia biurokracji. Główny właściciel J.W. Construction Holding Józef Wojciechowski skarży się na kuriozum jakim jest wymóg uzyskania decyzji środowiskowej w odniesieniu do działek objętych planem zagospodarowania przestrzennego. W dodatku deweloper stracił w Gdyni pół roku, bo tyle czasu zajęło Samorządowemu Kolegium Odwoławczemu rozpatrzenie skargi, która okazała się całkowicie bezzasadna.

Wiele miesięcy mogą trwać uzgodnienia dostawy i przebiegu mediów czy lokalizacji wjazdu. W czasie niedawnej dyskusji, którą miałem okazję prowadzić, Marek Poddany z Polskiego Związku Firm Deweloperskich zwrócił uwagę, że na rozporządzenie ministra transportu, budownictwa i gospodarki morskiej o warunkach technicznych, które zawiera przepisy rodem jeszcze sprzed kilkudziesięciu lat. Niektóre są wręcz absurdalne, np. o minimalnej szerokości drzwi, wysokości stopni schodów itp. Co gorsza, pod wpływem lobby pożarniczego czy ciepłowniczego dokładane są kolejne przepisy, niby nic nieznaczące, a dokładające kosztów na etapie realizacji inwestycji.

Porażająca jest też niekompetencja niektórych urzędników oraz dowolność interpretowania przez nich prawa. Poddany opowiadał, że na działce bez kanalizacji deszczowej zaprojektował zamknięty zbiornik retencyjny. I tylko z powodu widzimisię pewnego urzędnika ten przedsiębiorca stracił ponad trzy miesiące na wyjaśnienie, że skoro zbiornik nie jest połączony z system wód gruntowych, nie jest potrzebne pozwolenie wodnoprawne.
Według deweloperów, koszty pośrednie, które wynikają z długiego czasu przygotowania inwestycji, mogą podwyższyć koszt budowy metra kwadratowego mieszkania nawet o kilkaset złotych!

Wreszcie dochodzą koszty budowy infrastruktury, które z konieczności finansują deweloperzy, a właściwie ich klienci. Np. wspomniany Budimex Nieruchomości ma działkę na warszawskim Mokotowie (w okolicach ul. Bartyckiej), na której może powstać podaj 2,5 tys. mieszkań. Prezes Grupy Budimex Dariusz Blocher opowiadał na spotkaniu z dziennikarzami, że inwestycja podzielona jest na 14 etapów. Dwa są już realizowane (ceny od 6,5 tys. zł za m kw.), a na dwa kolejne deweloper ma już pozwolenie. Pozostałe nie ruszą, dopóki nie powstanie ulica, do której działki muszą mieć dostęp. Budimex deklaruje, że ją sfinansuje, jeśli tylko miasto odkupi grunt pod ulicę. - Sądzę, że to uczciwy układ - mówił Blocher. I dodał, że władze miasta nie odpowiadają na taką propozycję, choć budowa infrastruktury jest obowiązkiem samorządu. Dariusz Blocher przyznał, że gdyby firma wzięła na siebie cały koszt, cena m kw. musiałaby wzrosnąć o 900 zł. Sęk w tym, że na tak drogie mieszkania w tym rejonie miasta prawdopodobnie nie byłoby chętnych.

Zablokowana inwestycja

Wiem, że kasy wielu gmin świecą pustkami. Jednak nie jestem w stanie pojąć, dlaczego niektóre gminy najpierw sprzedają grunty za psi pieniądz, a dopiero potem tworzą plan zagospodarowania przestrzennego, który podnosi ich wartość. Przecież oznacza to konieczność wykupu gruntu pod inwestycje publiczne po dużo wyższej cenie. A to co się dzieje w Warszawie przechodzi wręcz ludzkie pojęcie. Dodam, że tzw. renta planistyczna to obecnie fikcja, bo obowiązek jej zapłaty jest masowo obchodzony. W cywilizowanych krajach wygląda to zupełnie inaczej. Np. będąc dwa lata temu w Kopenhadze miałem okazję zobaczyć jak rozwija się nowa dzielnica tego miasta - Ørestad. W przeciwieństwie np. do warszawskiej Białołęki tam widać światłą myśl urbanistów i architektów. Najpierw powstała infrastruktura, w tym naziemna linia metra, a dopiero potem pojawili się deweloperzy. Jeden z nich wybudował słynny (choć raczej nie u nas) kompleks mieszkaniowy o nazwie 8-Tallet.

8_Tallet

Dlatego kiedy patrzę na ten nasz polski nieporządek, nie dowierzam PiS-owi, który w swoim programie obiecuje program budowy mieszkań po 2,5 tys. zł za m kw. Jasne, że za tę cenę można zbudować mieszkania w blokach. Tym bardziej, jeśli miałyby powstawać na gruntach przekazanych przez skarb państwa, w dodatku uzbrojonych z funduszy unijnych. Jednak żeby taki program mógł zadziałać, wcześniej trzeba zrobić porządek w stajni Augiasza, jaką jest budowlana biurokracja. Politycy obiecują to już od wielu lat, ale bez efektu. Wciąż jednak nie tracę nadziei.

15:19, mieszkaniowyblox.pl
Link Komentarze (9) »
środa, 26 lutego 2014

Zaczął się wysyp raportów, które mogą sugerować odwrócenie trendu spadkowego cen w większości największych miast. Ponieważ wielu nie dowierza danym pochodzącym z serwisów nieruchomościowych czy agencji pośrednictwa, polecam dane Narodowego Banku Polskiego (NBP), które opublikował on na swojej stronie internetowej wraz z komentarzem. Skupię się na cenach transakcyjnych, a ściślej na średniej takich cen na rynku pierwotnym. Zmiany, które odnotował NBP wskazują na to, że np. w Warszawie, gdzie zawieranych jest najwięcej transakcji, kupowane są od deweloperów średnio coraz droższe mieszkania.

Zmiany średnich cen transakcyjnych

na rynku pierwotnym w 2013 r.

w zł za m kw.

                        I kw.   II kw.   III kw. IV kw.

Białystok            4610   4428    4526    4493

Bydgoszcz          4855   4815    4896    4528

Gdańsk                5292   5682    5794    6047

Gdynia               5732   6083    6646    6401

Katowice           5104   5232    4670    4529

Kielce                4647   4646    4718    4651

Kraków                5847   5874    5847    5765

Lublin                4679   4943    4770    4796

Łódź                    4629    4531    4388    4423

Olsztyn             4369    4507    4443    4487

Opole                4428   4526    4617    4638

Poznań               6296    6049    5947    5817

Rzeszów            4467    4383   4680    4821

Szczecin            4547   4581    4444    4742

Warszawa          6990    7018   7173    7427

Wrocław             5381    5492    5499    5663

Zielona Góra       3655   3623    3606    3625

Źródło: NBP

Analitycy NBP oceniają, że to zjawisko jest konsekwencją rosnącego popytu, który zawdzięczamy tanim kredytom, wzrostowi wynagrodzeń oraz sygnałom stopniowej poprawy koniunktury gospodarczej. W efekcie skurczyła się oferta deweloperów i ich skłonność do obniżek cen. Przypomnę, że według firmy doradczej REAS, czwarty kwartał ubiegłego roku był już szóstym z rzędu, gdy liczba sprzedanych mieszkań była wyraźnie wyższa od wprowadzonych na rynek.

REAS

A jednak nie odważę się stwierdzić, że mamy już do czynienia z trendem wzrostowym cen. Z pewnością niektórzy deweloperzy nieco je podnieśli w najbardziej chodliwych inwestycjach. Bardziej jestem jednak skłonny przyznać rację tym, którzy uważają, że ubiegłoroczny wzrost średniej cen, który odnotował też bankowy System Analiz i Monitorowania Rynku Obrotu Nieruchomościami (AMRON), jest przede wszystkim efektem zmiany struktury kupowanych mieszkań.

Przypomnę, że rok wcześniej, szczególnie w końcówce tego roku, furorę robił program „Rodzina na swoim”. Zakładał on dopłatę do kredytu, którą mógł dostać ten, kto kupił odpowiednio tanie mieszkanie. W dodatku, ponieważ program kończył żywot w 2013 r., a zarówno na rynku pierwotnym, jak i wtórnym było zatrzęsienie mieszkań, wielu sprzedających spuszczało z tonu, byle tylko sprzedać swój towar. Stąd np. w Warszawie NBP odnotował w czwartym kwartale 2012 r. spadek średniej  ceny do poziomu z przełomu 2006 i 2007 r.

W ubiegłym roku ubyło kupujących za kredyt najtańsze mieszkania na obrzeżach miasta. Na rynku pojawiła się też dość liczna grupa nabywców gotówkowych, których do trzymania pieniędzy w banku zniechęciło bardzo niskie oprocentowanie lokat. Chętniej kupowane były więc mieszkania w dobrych lokalizacjach, w których ceny w przeliczeniu na m kw. są stosunkowo wysokie. A ponieważ z oferty ubyło trochę takich lokali, w czwartym kwartale średnia cen mieszkań oferowanych przez warszawskich deweloperów spadła.

Zmiany średnich cen ofertowych

na rynku pierwotnym w 2013 r.

w zł za m kw.

                        I kw.   II kw.  III kw. IV kw.

Białystok           4965    4936   4949    4938

Bydgoszcz         4934    5131   5185    5279

Gdańsk               6453    6403   6398    6525

Gdynia              5732    6083   6646    6401

Katowice            5526    5817   5898    5456

Kielce               5061    5075   4884    4882

Kraków               6305    6026   5989    6073

Lublin               5126    5014   5140     5017

Łódź                   4898    4811   4780     4768

Olsztyn             4592    4662   4763    4774

Opole               4821    4809   4674    4426

Poznań               6408    6341   6351    6404

Rzeszów           4463    5141   5148     5102

Szczecin           4836    4774   4828    4896

Warszawa         8076    8081   8146    8088

Wrocław            6031    5970   5997    5928

Zielona Góra      3634    3613   3613    3674

Źródło: NBP

Sęk w tym, że ten tzw. efekt podepozytowy raczej nie potrwa już długo. Jeśli więc w tym roku gospodarka wyraźnie nie przyspieszy, chętnych na mieszkania prawdopodobnie ubędzie. Tym bardziej, że banki zaczęły wymagać wkładu własnego. Nie muszę chyba tłumaczyć, jak to wpłynęłoby na ceny. Ratunkiem dla wielu deweloperów byłby w tej sytuacji rządowy program „Mieszkanie dla młodych” („MdM”). Premiuje on dopłatą stosunkowo tanie mieszkania, co także odbije się na średnich cenach transakcyjnych. Niestety, nie wszędzie w pożądany przez kupujących sposób.

Wzrost cen jest prawdopodobny w miastach, w których pułap cen mieszkań objętych dopłatą jest wysoki w stosunku do średnich cen ofertowych i transakcyjnych. Dlaczego?

Limity ceny w programie „Mieszkanie dla młodych”

w zł za m kw.

Białystok        4225,1

Bydgoszcz      4439,6

Gdańsk          5682,05

Katowice       4695,35

Kielce            4537,78

Kraków          4894,45

Lublin            4230,48

Łódź             5031,4

Olsztyn         4730,55

Opole            4206,95

Poznań          5604,5

Rzeszów        4105,2

Szczecin        4339,5

Warszawa      5864,65

Wrocław        4774

Zielona Góra   4251,5

Źródło: na podstawie danych BGK

Obawiam się, że deweloperzy, którzy do niedawna zadawalali się niższymi cenami, teraz je podniosą do owego pułapu. Kupujący „łykną” zaś taką podwyżkę, bo przecież dostają dopłatę. W dodatku w kolejnych kwartałach prawdopodobny jest wzrost limitu cen w „MdM”. Może o tym świadczyć ogłoszona właśnie przez GUS przeszło 6-proc. podwyżka „ceny 1 metra kwadratowego powierzchni użytkowej budynku mieszkalnego oddanego do użytkowania” w IV kw. 2013 r. (z 3975 do 4228 zł). Wzrost kosztów budowy najpewniej znajdzie odzwierciedlenie we wskaźnikach ogłaszanych przez wojewodów na użytek rządowego programu.

Z drugiej strony, w tych lokalizacjach, w których deweloperzy zaoferują lokale objęte dopłatą
prawdopodobny jest spadek cen na rynku wtórnym, bo coraz trudniej będzie sprzedać mieszkanie z drugiej ręki.

Analitycy NBP widzą przyszłość budownictwa deweloperskiego w dość jasnych barwach. Wprawdzie przyznają oni, że liczba rozpoczętych inwestycji była w 2013 r. najniższa od ośmiu lat”. Zaraz jednak dodają, że w drugim półroczu sytuacja uległa poprawie. I „jeżeli ta tendencja będzie trwała, to za dwa lata na rynku pojawi się więcej mieszkań, a wzrost cen będzie umiarkowany. Tym bardziej, że produkcja nowych mieszkań jest rentowna dla deweloperów”. Faktycznie, jak podaje GUS, w tym roku ich aktywność jeszcze się poprawiła.

Deweloperzy w styczniu

Co zaś się tyczy umiarkowanego wzrostu cen, to proszę pamiętać, że średnie dotyczące całych miast mogą być mylące. W każdym bowiem mieście są rejony mniej lub bardziej atrakcyjne z punktu widzenia potencjalnych nabywców.

Ceny ofertowe nowych mieszkań

w poszczególnych rejonach Warszawy

w zł za m kw.

                        min.      maks.  średnia

Bemowo           5490      8000     6875

Białołęka           5300      8250    6230

Bielany             5446      8050    6418

Mokotów          6314     12450    8469

Ochota            7327     11780    8416

Praga Płd.        4990       9200    7434

Praga Płn.        4950       8896    6966

Rembertów       5935      6914     6315

Sadyba            6300      8400     7415

Targówek        5605       9612     6781

Ursus              6500      6500     6500

Ursynów          6905     10700     9160

Wawer            5700       7200     6241

Wesoła            5864       5864    5864

Wilanów          6001       7669     6789

Włochy            6174       8195    6745

Wola               6248     12992     8429

Żoliborz           6491     16600     8824

Źródło: Domiporta.pl

Dlatego może się okazać, że w jednych dzielnicach ceny zaczną powolutku rosnąć, zaś w innych jeszcze długo utrzymywał się będzie trend spadkowy.

 

13:50, mieszkaniowyblox.pl
Link Komentarze (22) »
czwartek, 13 lutego 2014

Nie sądziłem, że ten wpis wywoła taką burzę, zarówno na forum serwisu Gazeta.pl., jak i w... siedzibie firmy J.W. Construction Holding, której on dotyczy. Chodzi o Villę Campinę, „pierwsze w Polsce osiedle utrzymane w oryginalnej koncepcji amerykańskich przedmieści”, które powstaje w podwarszawskich Kaputach (koło Ożarowa Mazowieckiego). Zdecydowałem się nieco zmodyfikować swój wpis, aby emocje nie przysłoniły faktów. A te są następujące.
W lipcu 2012 r. deweloper z wielką pompą zainaugurował sprzedaż luksusowych domów jednorodzinnych, którym nadał żeńskie imiona, m.in. Angelika, Ofelia, Azalia, Lukrecja czy Romina. Tego dnia było w Kaputach „garden party, muzyka na żywo, atrakcje dla dzieci oraz pokaz mody”. Co ważne, J.W. Construction Holding nie zaproponował potencjalnym nabywcom kota w worku, gdyż wcześniej powstały domy pokazowe. Ściślej 12 domów, które zapoczątkowały powstanie osiedla mającego składać się z ok. 200 ich klonów.

Villa Campina

Fot. J.W. Construction

W założeniu klient miał przyjść do biura sprzedaży i poprosić np. o Angelikę, a firma miała zrealizować to zamówienie. Jednak od tego czasu - mimo milionów wydanych na domy pokazowe i marketing - nie znalazł się ANI JEDEN CHĘTNY. Dlaczego? W tym momencie wkraczamy w obszar wiary. Swój wpis zmieniłem dlatego, bo wierzę głównemu akcjonariuszowi firmy Józefowi Wojciechowskiemu, że zainteresowanie tymi domami jest bardzo duże, ale potencjalnych nabywców zniechęca wyłącznie ich zbyt wysoka cena - od miliona złotych w górę (z ok. 700-metrową działką).

Cóż, wygląda na to, że przeceniłem naszych rodaków pisząc, że zniechęciła ich wątpliwej urody architektura domów pokazowych. Kiedy serwis internetowy Bryla.pl opublikował informację na temat osiedla wraz z galerią zdjęć, na forum pojawiło się mnóstwo kpin, np. „widzę u twórców inspirację architekturą romską, ale jakby za mało detali i zdobień”. Mogę tylko powiedzieć: szanowni Państwo, z naszym gustem stanowimy mniejszość! Większości podoba się nawet brama wjazdowa na osiedle, którą kiedyś  obśmiałem .

Brama Villa Campina

Fot. J.W. Construction Holding

A jednak, ludzie, którzy tworzyli ten projekt już w J.W. Construction Holding nie pracują. Obecni szefowie ofertę rozszerzyli o dwa zwyczajne, klasyczne domy (Anita i Margarita), w tym - uwaga! - w wersji pasywnej. J.W. Construction Holding sprzedał już pięć domów, a kolejnych trzech klientów uzgadnia szczegóły transakcji. To niewątpliwie sukces. Ale czy wynika on tylko z tego, że od poprzednich domów te są nawet o połowę tańsze? Jeśli tak, to proszę szefów J.W. Construction Holding: nie obniżajcie cen owych pokazowych.    

Anita

Margerita

Fot. wizualizacje J.W. Construction Holding (wyżej Anita)

Józef Wojciechowski przyznał, że w Stanach Zjednoczonych wybudował mnóstwo tego typu domów. Czy Kaputy upodobnią się do przedmieść amerykańskich miast? Zobaczymy. Nie życzę temu deweloperowi źle, ale przyznam, że ogarnia mnie niepokój, kiedy widzę, że deweloperzy wykupują grunty w szczerym polu na obrzeżach miasta, aby budować tam tanie mieszkania i domy. Kaputy to pikuś. Obawiam się zjawiska, które w Stanach Zjednoczonych nazwano „urban sprawl”, czyli w wolnym tłumaczeniu rozlewaniem się miasta. Niestety, wiąże się to m.in. z dewastacją środowiska naturalnego i zwiększeniem liczby samochodów. A do tego słono kosztuje, bo wymusza budowę infrastruktury na obszarach o niskiej gęstości zaludnienia. Mam nadzieję, że u nas uda się zahamować to zjawisko, o którym pisał w serwisie Bryla.pl m.in. Filip Springer.

Urban sprawl po polsku

Fot. Filip Springer

Ps. Ciekawe, czy firmie Luxury House uda się zrealizować ten projekt w Suchym Lesie pod Poznaniem. Ostrzegam co wrażliwsze jednostki, że to co zobaczą jest STRASZNE!

 

12:59, mieszkaniowyblox.pl
Link Komentarze (19) »
wtorek, 11 lutego 2014

Nic tak nie daje kopa do pracy, jak wiara w sens tego co się robi. Tej wiary wciąż mi nie brakuje, ale ostatnio podbudował mnie czytelnik z Lublina, który dzięki publikacji w Gazecie Dom odzyskał tysiąc złotych.

Ów czytelnik przyznał, że zwykle kupuje tylko wydanie świąteczne "Wyborczej", ale w ostatnią środę kupił ją dla płyty (bodaj z polskimi tangami). W dodatku Gazeta Dom przeczytał informator "Jak bezpiecznie kupić nowe M?", w którym przypomniałem o zarzutach Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK) pod adresem niektórych deweloperów. Chodzi o tzw. klauzule abuzywne, które oni wpisują do umów podsuwanych swoim klientom. UOKiK stwierdził m.in., że jest rzeczą niedopuszczalną, aby deweloper obciążał klienta kosztami eksploatacyjnymi pomimo nieodebrania mieszkania lub domu. Czytelnik zajrzał do swojej umowy deweloperskiej i znalazł zapis, który wzbudził jego wątpliwości. Brzmi on tak: "Inwestor pobiera kaucję przy przekazaniu kluczy do lokalu w wysokości 1 tys. zł na poczet ewentualnych kosztów zgodnie z par....". Wyjaśnię, że chodzi m.in. o koszty zużycia wody, energii elektrycznej, wywozu śmieci, centralnego ogrzewania itp. Czytelnik zdążył już tę kaucję zapłacić.

Rozumiem, że po odebraniu kluczy do mieszkania jeszcze przed zawarciem ostatecznej umowy notarialnej, faktury za zużyty przez siebie prąd, wodę czy ścieki trzeba uregulować. Jednak do czasu przeniesienia własności nie ma mowy o płaceniu opłat za użytkowanie wieczyste, podatku od nieruchomości czy partycypowania w kosztach utrzymania nieruchomości należącej do dewelopera. A kaucja w tym przypadku to jakieś kuriozum. Poradziłem czytelnikowi, by upewnił się, czy podobnego zdania jest rzecznik konsumentów w jego mieście. Ten potwierdził, że deweloper nie powinien pobierać kaucji. Czytelnik napisał więc podanie o jej zwrot i udał się do biura dewelopera. Dodam, że chodzi o lubelską firmę Orion. Efekt? Księgowa poprosiła czytelnika o numer konta, na które może przelać pieniądze.

Pochwaliłem się tym sukcesem, ale muszę przyznać, że UOKiK wykonał kawał dobrej roboty, prześwietlając 1162 wzorów umów oraz 1239 umów już zawartych przez 93 deweloperów. Tylko do czterech z nich UOKiK nie miał żadnych zastrzeżeń. Pozostałym zakwestionował aż 470 niedozwolonych postanowień umownych. Wniosek z tego taki, że zanim podpisze się umowę z deweloperem, trzeba koniecznie skunsultować ją z zaufanym prawnikiem. Można też sprawdzić, czy podejrzane zapisy w umowie nie są zbieżne z tymi, które zdyskwalifikował już Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Tzw. klauzule abuzywne można znaleźć w specjalnym rejestrze, który prowadzi UOKiK. Gorąco zachęcam również do przeczytania całego raportu UOKiK, który wskazuje niektóre miny. Jednak daleki jestem od stwierdzeń typu, że wszyscy deweloperzy to oszuści. Prawo mamy niedoskonałe, więc pamiętajmy, że także przedsiębiorcy często stąpają po polu minowym.

Debata w UOKIK

Zdjęcie z debaty UOKiK i Gazety Wyborczej: Ustawa deweloperska w praktyce - perspektywa uczestników rynku. Debata odbyła się poprzednią środę. Od lewej: Paweł Kuglarz, radca prawny, partner w kancelarii Wolf Theiss P. Daszkowski; Michał Herde, prezes Warszawskiego Oddziału Federacji Konsumentów; Kazimierz Kirejczyk, prezes REAS; Jacek Furga, przewodniczący Komitetu ds. Finansowania Nieruchomości Związku Banków Polskich; Konrad Płochocki, dyrektor generalny Polskiego Związku Firm Deweloperskich; Jarosław Król, wiceprezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów; Łukasz Wroński, zastępca dyrektora Departamentu Polityki Konsumenckiej UOKiK; Marek Wielgo, Gazeta Wyborcza
Źródło: UOKiK

 

18:33, mieszkaniowyblox.pl
Link Komentarze (11) »
czwartek, 12 września 2013

Pewnie nie komentowałbym tej sprawy, ale sprowokował mnie mejlem redakcyjny kolega, który wyraźnie poruszony przysłał mi fragment publikacji z serwisu wnp.pl: Program „Mieszkanie dla Młodych” może mieć negatywny wpływ na równoważenie się rynku mieszkaniowego i na spadek cen - oceniają analitycy NBP w raporcie.
Wyjaśnię, że ten raport Instytutu Ekonomicznego, przygotowany dla Narodowego Banku Polskiego, dotyczy sytuacji na rynku nieruchomości mieszkaniowych i komercyjnych w Polsce w 2012 r. Jednak naukowcy odnoszą się w tym raporcie także do programu „Mieszkanie dla młodych” („MdM”), który za zacząć obowiązywać od przyszłego roku.
Mimo mojej sympatii i szacunku dla Pana prof. Jacka Łaszka, który jest jednym z autorów raportu, nie powstrzymam się od złośliwości. Nasi dzielni naukowcy (analitycy NBP) obudzili się rychło w czas. Oto mamy bowiem połowę września, kiedy decyzja Sejmu w kwestii „MdM” praktycznie już zapadła.
Tymczasem, w raporcie można znaleźć np. takie stwierdzenia: „Efekty społeczne programu będą wątpliwe. (...) Można się też spodziewać tendencji do podwyżek cen i ponownego zwiększania nadwyżki mieszkań na rynku, jako efektu związanych z nim oczekiwań oraz oddziaływania dodatkowego, realnego popytu”.
Oczywiście są  to zdania wyrwane z kontekstu. A jest nim krytyka nadmiernego wsparcia mieszkań własnościowych w sytuacji, kiedy niewielki odsetek Polaków może sobie na nie pozwolić. To niewiarygodne, ale do naszych polityków kompletnie nie dociera, że szkodzą młodym Polakom „dopłatami”, którymi - jak napisał niedawno w komentarzu do raportu AMRON-SARFiN prof. Łaszek - „sfinansują wysokie zyski deweloperów. Ja bym jeszcze dodał - i banków, bo coś mi się zdaje, że nie omieszkają one podnieść swoich marż.
Co ciekawe, od „MdM” dystansują się zarówno Polski Związek Firm Deweloperskich, jak i Związek Banków Polskich. Przypomnę, że były dyrektor tego pierwszego Jacek Bielecki oświadczył w czasie kwietniowej konferencji w „Gazecie”, że „w dobrze pojętym interesie deweloperów najlepiej, żeby tego programu nie było. To wprowadza destrukcję rynku i zamieszanie. W dodatku program będzie wspierał ludzi, których na mieszkania nie stać”.
Przytoczę raz jeszcze prof. Łaszka: „Nie oznacza to, żebym miał coś przeciw wysokim zyskom - to jest podstawą biznesu, zwłaszcza dewelopera (wysokie ryzyko). Niech jednak pochodzi z uczciwej walki konkurencyjnej, a nie pieniędzy podatnika czy przyszłego emeryta. Może jest więc czas, aby popatrzeć na politykę mieszkaniową nie tylko jako na narzędzie walki wyborczej i własnych interesów, ale też interesów tych, którym teoretycznie powinna służyć”.
Oczywiście, problemu niskiej dostępności mieszkań w naszym kraju nie rozwiąże niewidzialna ręka rynku.  Jednak w sytuacji, gdy kasa państwa jest pusta, należy skoncentrować się na najważniejszych sprawach. Będę powtarzał jak mantrę: absolutnym priorytetetem powinno być stworzenie programu, który zmobilizuje Polaków do oszczędzania oraz rozwój budownictwa mieszkań na wynajem.

 

17:03, mieszkaniowyblox.pl
Link Komentarze (64) »

Redakcyjna koleżanka dała ogłoszenie w Gazecie, że chce wynająć mieszkanie. - Zgadnij, kim była osoba, która zadzwoniła do mnie pierwsza? - zapytała mnie. - Pewnie pośrednik - odpowiedziałem. - Nie, policjant, żeby mnie ostrzec, bym nie przyjmowała potencjalnego najemcy w pojedynkę.
W tym momencie „zajarzyłem”, że w Warszawie głośno ostatnio o przypuszczalnie seryjnym mordercy, który podawał się za osobę zainteresowaną kupnem lub najmem domu. Niestety, w dwóch przypadkach właściciele przypłacili życiem brak ostrożności.
Może to i dobrze, że policja kontaktuje się z właścicielami mieszkań i domów na sprzedaż lub wynajem, by poinformować o zagrożeniu oraz o środkach bezpieczeństwa, które należy przedsięwziąć. Skąd więc moje wątpliwości? Po prostu nie wyobrażam sobie, by policjanci dzwonili do tysięcy sprzedających i wynajmujących. O wiele skuteczniejsza byłaby medialna akcja informacyjna poświęcona bezpieczeństwu zawierania transakcji na rynku nieruchomości. Może niektórym z Państwa się narażę, ale będę z uporem maniaka powtarzał, że wynajem i sprzedaż należy powierzyć agencji pośrednictwa. Oczywiście nie pierwszemu z brzegu pośrednikowi, ale takiemu, którego znam, albo polecił mi go ktoś, komu ufam. Dlaczego pośrednik? Z wielu powodów, ale wymienię tylko dwa związane właśnie z bezpieczeństwem.
Wyobraźmy sobie taka sytuację: daje ogłoszenie w Internecie. Dzwoni do mnie potencjalny kupiec i umawia się na obejrzenie mieszkania. Zakładam, że nie daje mi w łeb po przekroczeniu progu mojego mieszkania, tylko je ogląda. I widzi, co mam, i co dałoby się wynieść i spieniężyć. Przy okazji ów klient sprawdza jaki jest zamek, czy sa dodatkowe zabezpieczenia, pyta o sąsiada (czy hałasuje, a ja na to, że skądże, bo go prawie wcale nie ma w domu) itd. Oczywiście, mieszkanie mam ubezpieczone, ale po co prowokować złodzieja. Klient, który przyjdzie z pośrednikiem będzie przez niego sprawdzony. Poza tym oddam jeden komplet kluczy agentowi, żebym nie musiał się fatygować osobiście. Nie można wykluczyć, ze potencjalny kupujący przedstawi fałszywy lub kradziony dowód. Jednak i to pośrednik może zweryfikować.
Zdaję sobie sprawę, że nikt nie lubi pośredników. Ba, niektórzy twierdzą, że w dobie Internetu nie są oni potrzebni. Jednak przypadki morderstw w Warszawie pokazały, że zwłaszcza osoby starsze, którym nie ma kto pomóc w przeprowadzeniu transakcji, powinny rozważyć skorzystanie z usługi pośrednika.

13:50, mieszkaniowyblox.pl
Link Komentarze (37) »
wtorek, 23 lipca 2013

Dziś, jutro i pojutrze zbierze się sejmowa podkomisja, by rozpatrzyć i ewentualnie zmodyfikować rządowy projekt ustawy zakładającej dopłatę do nowych mieszkań w ramach rządowego programu „Mieszkanie dla młodych”. Posłowie zdecydują m.in. o ty, czy objęte nim będą także budownictwo jednorodzinne oraz rynek wtórny. Z poniedziałkowej debaty, którą zorganizował Polski Związek Firm Deweloperskich wynika, że będzie on lobbował za zmianą wskaźnika ceny m kw., bo „inaczej program MdM będzie dotyczyć śladowej liczby młodych Polaków”.

Ci z Państwa, którzy czytają moje komentarze wiedzą, że nie jestem entuzjastą tego programu (choć uważam, że jest lepszy od zlikwidowanej w tym roku „Rodziny na Swoim”). Wiele jednak wskazuje, że polityka wygra z rozsądkiem i „MdM” zacznie obowiązywać od przyszłego roku. W tej sytuacji chodzi więc już tylko o to, by ten program posłużył nie tylko do lansowania się polityków.

Poniżej mój komentarz, który okazał się w poniedziałkowej „Gazecie Wyborczej” oraz w serwisie Wyborcza.biz. Powtarzam ten tekst w blogu, bo liczę na dyskusję z Państwem.

W historii naszego kraju bywało, że dla mieszkania warto było wziąć ślub, albo się rozwieść. Wygląda na to, że teraz będzie się opłacało nie zawierać związku małżeńskiego, przynajmniej przez jakiś czas!

Nagroda to - w zależności od województwa - mniej więcej od 30 tys. do prawie 60 tys. zł budżetowej dopłaty w ramach rządowego programu „Mieszkanie dla młodych”. Ktoś powie, ale przecież minister transportu, budownictwa i gospodarki morskiej Sławomir Nowak zapewniał niedawno z trybuny sejmowej, że ten program jest jednym z pięciu filarów rządowej polityki prorodzinnej. Ba, że dopłata do mieszkania ma skłonić młode rodziny do ich powiększania.

Przypomnę, że zgodnie z projektem, nad którym pracuje już Sejm, rodzina bezdzietna i singiel mają dostać od państwa 10 proc. ceny mieszkania. Ale jeśli rodzina lub osoba samotna mają potomstwo, dopłata wyniesie 15 proc. To nie wszystko. Dodatkowe 5 proc. dostanie rodzina, w której w ciągu pięciu lat od zakupu pierwszego mieszkania za kredyt urodzi się trzecie bądź kolejne dziecko.

Sęk w tym, że program ma objąć wyłącznie zakup nowych mieszkań, zaś w większości powiatów deweloperzy w ogóle nie budują bloków. Min. Nowak podsunął więc rozwiązanie problemu, które twórczo rozwinął nasz czytelnik-internauta. Otóż z dopłaty będą mogli skorzystać nabywcy mieszkań w... domach jednorodzinnych. Jest to możliwe, bo zgodnie z prawem budowlanym, mogą w nich być dwa odrębne lokale.

 „Chłopak i dziewczyna zamiast brać ślub budują dwa mieszkania w domu jednorodzinnym i zgarniają dopłatę. Aha, muszą jeszcze dogadać się ze szwagrem, który ma betoniarkę, żeby oficjalnie to on im wybudował dom, jako deweloper” - radzi znajomy_jennifer_lopez.

Patent „na szwagra” jest sporym uproszczeniem. Najpewniej znajdą się jednak przedsiębiorcy, którzy pójdą tym tropem. Tym bardziej, że jest to sposób, dzięki któremu można byłoby uzyskać dopłatę na większe mieszkanie niż przewiduje projekt rządowy - powierzchnia mieszkania nie mogłaby przekraczać 75 m kw., przy czym dopłata obejmowałaby maksymalnie 50 m kw. Dla rodziny z trójką dzieci raczej nie jest to wymarzony metraż. Kupując - jako single - dwa lokale po 75 m kw. w domu jednorodzinnym, mogłaby uzyskać dwukrotnie większą powierzchnię.

Podobną korzyść można osiągnąć kupując w bloku dwa sąsiadujące ze sobą lokale (np. 40-metrowe) i łącząc je w jeden. Deweloperzy z pewnością dostarczą chętnym taki towar.

Paradoksalnie program „Mieszkanie dla młodych” mógłby więc spowodować spadek liczby zawieranych małżeństw. Na szczęście, młodzi Polacy na wsiach i w małych miasteczkach raczej nie będą mieli tego typu dylematu. W Sejmie najpewniej znajdzie się bowiem większość, która - wbrew rządowi - zagłosuje za włączeniem do programu budownictwa jednorodzinnego (np. do 140 m kw.).

Oby tylko posłowie, którzy lubią być dobrymi wujkami na koszt podatników, w twórczym zapale nie objęli dopłatą także używanych mieszkań. Tu sprawa jest o wiele poważniejsza, bo w sytuacji rosnącego deficytu budżetu państwa rząd proponuje na dopłaty do mieszkań ok. 600 mln zł rocznie przez najbliższych pięć lat. Chodzi więc o to, aby te dopłaty ożywiły przemysł budowlany i powiązane z nim branże, np. meblarską i AGD. Wtedy budżetowe pieniądze wróciłyby z nawiązką w postaci różnego rodzaju podatków. Wspieranie zakupu mieszkań na rynku wtórnym, nawet jeśli część sprzedających kupi potem nowe, jest zaś w obecnej sytuacji finansów państwa kosztowną fanaberią.

Posłowie powinni też koniecznie rozważyć pomysł, by zamiast „becikowego”, jakim jest 5-proc. dopłata do kredytu za trzecie bądź kolejne dziecko, wsparcie nią dostali ci, którzy przez pewien czas oszczędzaliby na swoje mieszkanie lub dom. Albo w ogóle premiować dopłatą wyłącznie oszczędzających. Dzięki takiemu rozwiązaniu po kredyt nie sięgałyby osoby, które normalnie nie powinny go dostać. I to zwłaszcza teraz, kiedy sytuacja na rynku pracy jest bardzo niepewna. Nieprzypadkowo Komisja Nadzoru Finansowego właśnie zaleciła bankom, aby te od przyszłego roku wymagały od kredytobiorców posiadania wkładu własnego. Nie może być tak, że po 300 tys. zł kredytu sięga ktoś, kto nie jest w stanie odłożyć 30 tys. zł.

I jeszcze jedno - kompletnie bez sensu jest wprowadzenie kryterium wiekowego, skoro pomocą państwa ma być objęty zakup pierwszego mieszkania (i mam nadzieję - pierwszego domu). Rząd chce, by po dopłatę mogły sięgać osoby, które nie ukończyły 35. rok życia (przy czym w przypadku małżeństw ten warunek musiałby spełniać jeden z małżonków). Byłoby lepiej, a przede wszystkim bezpieczniej dla naszego systemu finansowego, gdyby długoterminowe zobowiązania finansowe brały na siebie osoby, którym bliżej do 40. niż 30.

A młodzi, którym zależy na samodzielności, niech przez pewien czas najmują mieszkania. To prawda, że najem jest w tej chwili drogi. Dlatego rząd i parlament powinny zrobić wszystko, by tego typu mieszkania stały się bardziej dostępne. Państwo powinno więc wspierać nie kupujących mieszkania czy domy, ale tych, którzy zainwestują w czynszówki (gminy, Towarzystwa Budownictwa Społecznego, spółdzielnie oraz prywatnych inwestorów). Wzorem dla nas powinny być Niemcy, Wielka Brytania i Szwajcaria, gdzie mieszkania na wynajem stanowią ogromny odsetek całych zasobów mieszkaniowych, a nie kraje południa Europy, np. Grecja, w których dominuje własność.

13:27, mieszkaniowyblox.pl
Link Komentarze (25) »
czwartek, 11 lipca 2013

Global Property Guide: w Polsce wzrosły ceny mieszkań
Firma Emmerson przytacza dane tego branżowego portalu internetowego, które - przynajmniej u nas - mogą wzbudzić poważne wątpliwości. Według Global Property Guide (GPG), który obserwuje 42 kraje na całym świecie, ceny nieruchomości mieszkalnych wzrosły w ciągu roku w 28 z nich, w tym w naszym kraju - o ponad 3,2 proc. Emmerson zwraca uwagę, że analitycy GPG uwzględnili w tym wyniku inflację (inflation-adjusted prices), czyli nominalny wzrost cen musiałby być wyższy o ok. 1 pkt proc. (GPG porównuje ceny z pierwszego kwartału 2013 i 2012 r.).

Global Property Guide
Ta informacja najpewniej pojawi się w wielu serwisach, więc uznałem, że warto ją skomentować. Przede wszystkim nie są mi znane żadne krajowe opracowania, z których wynikałyby wnioski podobne do tych, które podał portal GPG. Za najbardziej wiarygodne można chyba uznać dane Związku Banków Polskich (raporty AMRON-SARFiN). Z raportu po pierwszym kwartale wynika, że przez rok średnie ceny transakcyjne spadły we wszystkich aglomeracjach. Największa przecena dotknęła aglomerację katowicką - z 3225 do 2862 zł za m kw., czyli o 11 proc. W Krakowie ceny spadły nominalnie o prawie 10 proc., a w Warszawie - o ponad 4,5 proc.
Rewelacje GPG można wytłumaczyć chyba jedynie tym, że w swojej analizie serwis uwzględnił wyłącznie luksusowe apartamenty. W swoim ostatnim raporcie NBP wskazuje na rosnącą aktywność indywidualnych inwestorów, którzy kupują nieruchomości za gotówkę. „Nabywcy gotówkowi wybierali mieszkania o wyższym standardzie (wykończenie, architektura, lokalizacja). (...) Można przypuszczać, że inwestorzy wychodzili z założenia, iż mieszkania o lepszej jakości będą generowały wyższe czynsze, będą lepiej chroniły wartość i przez dłuższy okres będą względnie szybko zbywalne” - można przeczytać w raporcie NBP.

 

18:49, mieszkaniowyblox.pl
Link Komentarze (17) »
wtorek, 09 lipca 2013

Tym wpisem chciałbym zapoczątkować cykl, w którym pokazywałbym mieszkaniowe absurdy w niektórych spółdzielniach, wspólnotach mieszkaniowych czy komunalnych czynszówkach.
Zacznę od sprawy, którą zainteresował mnie Pan Marian Martynus z Sosnowca. Jego spółdzielczy blok przy ul. Ostrogórskiej 15 od niespełna sześciu miesięcy strzeże agencja ochrony „Hetman”. Spółdzielnia Mieszkaniowa „Jagiellonka” wybrała ją jako najtańszą spośród trzech, które stanęły do przetargu. Taka przyjemność kosztuje mieszkańców 176 lokali  ok. 6212 zł miesięcznie. Czytelnik uważa, że o wiele tańszym rozwiązaniem, dzięki któremu mieszkańcy czuliby się bezpiecznie, byłoby zainstalowanie domofonu. Ostatecznie Pan Martynus pogodził się jednak z tym, że musi płacić za ochronę. Irytuje go tylko, że administracja rozlicza ją w przeliczeniu na m kw. mieszkania.
Uważam, podobnie jak czytelnik, że taki sposób rozliczenia jest absurdalny. Przecież nie może być tak, że rodzina trzyosobowa zajmująca np. 36-metrowy lokal płaci za ochronę mniej niż osoba samotna, która ma większy metraż.
Akurat Pan Martynus zajmując w pojedynkę 47-metrowe mieszkanie ma płacić ok. 43 zł (91 groszy za m kw.). Gdyby kosztami był obciążany każdy lokal bez względu na powierzchnię, opłata wynosiłaby ok. 35 zł.
Jak ten sposób rozliczeń uzasadnia spółdzielnia? W odpowiedzi, której udzieliła mieszkańcowi czytamy m.in.., że „Powyższe wynika z postanowień art. 4 ustawy o spółdzielniach mieszkaniowych”. Dalej spółdzielnia wyjaśnia, że „koszty związane z ochroną budynku rozliczane są w częściach przypadających na poszczególne lokale mieszkalne przy uwzględnieniu ich powierzchni użytkowej wyrażonej w m kw.”
Zarząd spółdzielni - delikatnie mówiąc - mija się z prawdą. Przepis ten nie precyzuje bowiem kwestii rozliczeń. Jest w nim mowa o konieczności uczestniczenia „w pokrywaniu kosztów związanych z eksploatacją i utrzymaniem nieruchomości w częściach przypadających na ich lokale, eksploatacją i utrzymaniem nieruchomości stanowiących mienie spółdzielni przez uiszczanie opłat zgodnie z postanowieniami statutu”.
Np. w mojej spółdzielni („Strop”) kosztami ochrony są obciążane lokale bez względu na ich powierzchnię czy liczbę zajmujących je osób.
Rzecz jasna zadzwoniłem do „Jagiellonki”. Wiceprezes Marek Nowak poinformował mnie, że z inicjatywą zatrudnienia agencji ochrony wystąpili sami mieszkańcy bloku. Spółdzielnia przeprowadziła ankietę, w której ten pomysł poparło 126 rodzin, zaś 25 było przeciw (pozostałym było wszystko jedno). Prezes Nowak twierdzi, że spółdzielnię interesuje tylko to, by mieszkańcy pokrywali koszty ochrony. Ponadto to oni, a nie zarząd spółdzielni, zdecydowali o takim właśnie sposobie ich rozliczenia.
Niestety, dla Pana Martynusa nie mam dobrej wiadomości. Wygląda na to, że sam będzie musiał przekonywać sąsiadów do wspólnej akcji, której celem byłaby zmiana sposobu rozliczenia kosztów ochrony. Spółdzielnia raczej nie kiwnie palcem w tej sprawie, a nie znam przepisu, który by ją do tego zmusił. A może się mylę?
Zapraszam do wspólnego tropienia mieszkaniowych absurdów.

Ps. Prezes Nowak zapewnia, że od dnia wprowadzenia ochrony administracja nie stwierdziła przypadków dewastacji w piwnicach budynku oraz w części ogólnodostępnej w budynku. A tak wcześniej wyglądały piwnice.

Sosnowiec

15:07, mieszkaniowyblox.pl
Link Komentarze (9) »
niedziela, 14 października 2012

Minister transportu, budownictwa i gospodarki morskiej Sławomir Nowak ogłosił dziś szczegóły nowego rządowego programu „Mieszkanie dla młodych” („MdM”), który - jak się okazuje - jest niczym innym jak modyfikacją likwidowanej od stycznia 2013 r. „Rodziny na swoim” („RnS”). Wyobrażam sobie, jakie oburzenie znacznej części czytelników wywoła ta informacja. Na forum najpewniej pojawią się komentarze, że rząd ruszył na odsiecz deweloperom, że w efekcie podtrzymane zostaną wysokie ceny mieszkań.
A co ja o tym sądzę? Życzyłbym nam wszystkim, żeby ceny spadły do pułapu, który ma obowiązywać także w „MdM”. Na razie w Warszawie są one średnio dużo wyższe. Poza tym nowy program wydaje się dużo bardziej sensowny od „RnS”, bo może pomóc w zdobyciu własnego lokum tym, którzy obecnie nie mają na to szans. Dzięki dopłacie wypłaconej na starcie, mogą wziąć bowiem mniejszy kredyt. Przykładowo, trzyosobowa rodzina na wymarzone M2 w Warszawie będzie potrzebowała nie 231 tys., a 196 tys. zł kredytu. Pewnie, gdyby policzyć wysokość dopłat do odsetek przez osiem lat, byłaby ona wyższa od proponowanej przez rząd jednorazowej dopłaty. Jednak dla mnie jest to chora sytuacja, że z dopłat korzystają obecnie ci, którzy i bez niej dostaną kredyt (dopłata w „RnS” nie wpływa na zdolność kredytową”). W każdym razie spodziewam się, że już jutro w serwisach pojawią się analizy, które pokażą stosowne wyliczenia. Być może pojawią się też sugestie typu - bierz w tym roku kredyt w „RnS”, bo w „MdM” dopłata będzie mniejsza.
Bez wątpienia, nowy program jest mniej korzystny dla mieszkańców miast, w których nie ma rynku deweloperskiego. Nie rozumiem, dlaczego dopłatą nie będzie objęta budowa skromnego domu. Być może rząd wyszedł z założenia, że warto wspierać rynki mieszkaniowe w największych aglomeracjach, w których jest praca dla młodych. A może prawda jest taka, że „MdM” to zwykłe mydlenie oczu opinii publicznej - rząd stworzy program, z którego mało kto skorzysta?
Jednak żeby była jasność - nie na taki program liczyłem. Od dawna przekonuję, że dość dopłat do własności. W Polsce potrzebne są przede wszystkim mieszkania na wynajem. Bardzo liczyłem, że rząd o wiele bardziej niż do tej pory zaangażuje się finansowo w ich budowę. W przyjętej przez Sejm w 2010 r. strategii mieszkaniowej na najbliższe dziesięć lat rząd zapowiedział, że zlikwiduje „Rodzinę na swoim” (od 2013 r.) oraz zwrot części VAT za materiały budowlane (od 2014 r.). Zaoszczędzone w ten sposób pieniądze rząd miałby wyłożyć m.in. na budowę czynszówek. Z wyjaśnień min. Nowaka widać jednak wyraźnie, że te pieniądze będą przeznaczone na nowe dopłaty do mieszkań.

16:57, mieszkaniowyblox.pl
Link Komentarze (77) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 42