|
czwartek, 26 stycznia 2012
Oczywiście ruch wciąż jest dwukierunkowy. Jednak wygląda na to, że rodzin chcących porzucić sielskie życie w domu pod miastem jest obecnie więcej niż tych, które chciałyby uciec z miasta. Tak to przynajmniej wynika z obserwacji rynku przez agentów firmy Metrohouse&Partnerzy. Szefowa warszawskiego oddziału tej firmy Silwana Piotrowicz twierdzi, że o pomoc w sprzedaży domów proszą głównie ci, którzy kupowali je w ciągu ostatnich kilkunastu lat. Dlaczego chcą wrócić do miasta? Bo mają dość codziennych dojazdów do pracy. Inną przyczyną jest kiepska infrastruktura. Są też i tacy, którzy doszli do wniosku, że mieszkanie pod miastem to może i fajna sprawa, ale cierpi na tym ich życie rodzinne i towarzyskie.
Na starsze domy, często zbyt duże i wymagające kosztownych remontów, praktycznie nie ma chętnych. Wynika to również ze zbyt wygórowanych oczekiwań cenowych sprzedających. Tymczasem możliwości kupujących, wskutek spadku zdolności kredytowej, są coraz skromniejsze. Ponad połowa transakcji zawartych w ubiegłym roku za pośrednictwem tej agencji dotyczyło domów w cenie 250-500 tys. zł.
Szef poznańskiego biura Metrohouse&Partnerzy Wojciech Bukalski zauważył, że w jego mieście i okolicach nie sprzedaje się praktycznie nic w cenach powyżej 650 tys. zł. Jeśli komuś zależy na sprzedaży, musi zejść z ceną na ziemię. Dyrektor regionalny firmy Piotr Kerner opowiada, że oferta pewnego segmentu w Józefosławiu leżała 3,5 roku. I pewnie jeszcze długo nie znalazłby się chętny, gdyby właściciele nie obniżyli ceny. Kerner przyznaje, że obniżki cen o ponad 20 proc. nie należały w ubiegłym roku do rzadkości. To ten najmniejszy na zdjęciu, przy którym stoi samochód. Ten dom (wybudowany przez firmę Kristensen Group) ma niespełna 148 m kw. Architektura rzecz gustu (mnie się podoba). Proszę też nie zwracać uwagi na otoczenie. Mnie powaliła funkcjonalność. Są tu trzy łazienki i całkiem spora garderoba. Na parterze jest oprócz kuchni i salonu, pomieszczenie gospodarcze i sypialnia, albo - jak kto woli - gabinet do pracy.
Najpewniej są lepsze projekty, ale jak dla mnie, ten jest optymalny.
środa, 25 stycznia 2012
Powinienem chyba jeszcze dodać: i igranie z życiem ludzkim. Gazeta.pl właśnie poinformowała, że strażacy zgodzili się na użytkowanie płyty Stadionu Narodowego. Tym samym znikła najważniejsza przeszkoda w zorganizowaniu tu w niedzielę koncertu z okazji otwarcia Stadionu. Przyznaję, że od samego początku nie podobał mi się ten pomysł Narodowego Centrum Sportu. Gdyby to był mecz piłkarski lub koncert jakiejś gwiazdy piosenki, na który trzeba kupić bilet, to co innego. Niestety, obawiam się, że darmowy koncert plus zwykła ludzka ciekawość zachęci do przyjścia znacznie więcej osób, niż może pomieścić stadion. A nawet, jeśli przyjdzie mniej osób, to wyobrażam sobie, jaką stoczą walkę, by dostać się do środka i zająć jak najlepsze miejsca. Ale może to ja wypisuję głupoty. Nie znam planu organizatorów. Być może wiedzą oni co robią. Oby. Tak Niemcy pokazali otwarcie sklepu Media Markt w Polsce
A oto jak Media Markt otwierano w Berlinie. Czy otwarcie Stadionu Narodowego może wyglądać podobnie?
Odnoszę wrażenie, że politycy, a zwłaszcza koalicji rządzącej, mają ten problem głęboko w d..... Ba, już nawet nie chce się im udawać, że jest inaczej. Do takiej refleksji skłoniła mnie wczorajsza rozmowa z posłem PiS Andrzejem Adamczykiem, w czasie której poinformował mnie, że w marcu zaproponuje w Sejmie przedłużenie żywota programowi „Rodzina na swoim”. Normalnie uznałbym ten pomysł za szkodliwy. Pan poseł uświadomił mi jednak, że wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazują, że program zniknie, a w zamian rząd nie zaproponuje niczego innego. Do tego PiS nie zamierza dopuścić. Przyjdzie mi więc chyba trzymać kciuki za tę partię.
Jak widać, w sprawie ważnych dla rynku najmu ustaw toczą się nieustające uzgodnienia międzyresortowe. Żal mi Stycznia, bo to musi być cholernie frustrujące zajmować się czymś, co nikogo w tym rządzie nie interesuje. Z drugiej strony, nikt nie zmusza Pana ministra do trwania na tym stanowisku, skoro to nie ma sensu.
poniedziałek, 23 stycznia 2012
„Trzy osoby zginęły w pożarze w Miskolcu, gdy ogień rozprzestrzenił się po palnej fasadzie budynku, a dym kanałami wentylacyjnymi. Pożar zdarzył się w wysokim budynku wielorodzinnym na Węgrzech i objął między innymi ocieplenie ściany zewnętrznej, które zapaliło się od ognia wydobywającego się z kuchni jednego z mieszkań" - zaczyna się komunikat Rockwoola, który dostałem od tej firmy kilka dni temu. Aha, pomyślałem, to znak, że ten producent skalnej wełny mineralnej zaczyna rozkręcać kampanię marketingową, której celem jest odebranie klientów producentom styropianu. Jak pokazało bowiem niedawne badanie TNS Pentor Poznań na zlecenie Stowarzyszenia na Rzecz Systemów Ociepleń, trzech na czterech inwestorów ocieplających ściany budynków wykorzystuje do tego celu właśnie styropian. Rockwool najwyraźniej znów spróbuje nas do niego zniechęcić. Czy słusznie? Odpowiedź na to pytanie pozostawiam jednak Państwu. Każdy z tych materiałów ociepleniowych ma bowiem wady i zalety.
Prawdziwą wojnę o klientów producenci wełny i styropianu stoczyli w latach 90. O ile dobrze pamiętam, wypowiedzieli ją „wełniarze", eksponując łatwopalność produktu swoich konkurentów. Szczerze mówiąc, mam wątpliwości, czy Rockwool zachowuje się etycznie wykorzystując akurat teraz historię z kwietnia... 2009 r. Oczywiście nie omieszkał stwierdzić, że kilka lat wcześniej budynek „był ocieplony metodą lekką mokrą, na bazie izolacji ze styropianu i z wykończeniem bardzo cienką warstwą tynku, stanowiącego niewystarczające zabezpieczenie palnej izolacji przed ogniem". Zdjęcia przedstawiające blok w Miskolcu po pożarze. Dodam, że - jak informuje Rockwool - mimo natychmiastowej reakcji straży pożarnej, dwie osoby zmarły na miejscu, a kolejna w szpitalu. Ofiary zostały uwięzione na siódmym piętrze płonącego budynku, a ewakuację utrudnił im, a właściwie uniemożliwił ogień od strony fasady i pełne zadymienie klatki schodowej. Śmierć lokatorów nastąpiłą w wyniku zatrucia się szkodliwymi gazami.
wtorek, 17 stycznia 2012
W połowie listopada ubiegłego roku pisałem w tym blogu, że deweloperzy budujący mieszkania popularne ucierpią najbardziej z powodu kurczącej się zdolności kredytowej potencjalnych klientów oraz ich obaw związanych z rynkiem pracy. Żeby przetrwać, niektóre firmy będą więc musiały radykalnie obniżyć ceny. „Moja szklana kula podpowiada mi, że decyzji w tej sprawie doczekamy się po pierwszym kwartale przyszłego roku” - prognozowałem.
Według mnie, eksponowanie „słodkiego poczęstunku” (pączka) w tego typu zaproszeniu jest niestosowne. Kiedy się kogoś zaprasza, kawa, herbata i słodycze są normą. Zwłaszcza, jeśli oczekuje się od gościa, by zostawił kilkaset tysięcy złotych. W tym przypadku magnesem jest spodziewana korzyść, a nie tekst, że „miła rozmowa przy kawie, może zaowocować na całe życie”. A korzyść może być całkiem duża. J.W. Construction informuje, że dzięki rabatom można zaoszczędzić od 10 do 50 tys. zł. Np. 8-proc. upust na lokal powyżej 80 m kw. w inwestycji Bursztynowe Osiedle pozostawia w portfelu ponad 45 tys. zł. Co sprawiło, że szefowie J.W. Construction zmienili zdanie? Może zostały im już resztki w zakonczonych projektach i chcą je po prostu zamknąć. W grę wchodzi też spadająca liczba zawieranych umów. Już po trzecim kwartale nie wyglądało to najlepiej. W dodatku konkurenci zaczynali nowe inwestycje z mieszkaniami coraz lepiej dopasowanymi do obecnych potrzeb kupujących, i to zarówno pod względem metrażowym, jak i cenowym. W lutym firma doradcza Reas poinformuje o średnich cenach mieszkań wprowadzanych na rynek w czwartym kwartale. Coś mi się zdaje, że dowiemy się o sporym spadku tej średniej. Nie zdziwię się, jeśli w Warszawie będzie to poziom ok. 7 tys. zł za m kw.
poniedziałek, 16 stycznia 2012
Wygląda na to, że... w agencjach pośrednictwa w obrocie nieruchomościami. Kilka dni temu dostałem od agencji Metrohouse & Partnerzy informację prasową o pierwszym filmie dokumentalnym dotyczącym życia agenta nieruchomości: „Na przykładzie jednego z naszych najlepszych agentów pokazujemy autentyczną pracę agenta nieruchomości. Towarzyszymy mu z kamerą od godzin porannych do późnego wieczora, przybliżając w ten sposób profesję agenta, ale także osobę samego głównego bohatera - jego spojrzenie na pośrednictwo, drogę kariery, życie prywatne”.
piątek, 13 stycznia 2012
Moim skromnym zdaniem, taka inwestycja może się opłacać, ale... W gruncie rzeczy jest to bardzo celna uwaga. Rzeczywiście, inwestycja w condohotel jest obarczona dużym ryzykiem. Dlatego musi być ona dobrze przemyślana. Innymi słowy, nie w każdy condohotel, i nie wszędzie opłaca się zainwestować. Nie przekonam też pewnie tych, którzy preferują tzw. kwatery w prywatnych domach, czasem szumnie nazywanych pensjonatami. Faktycznie, ceny 20-30 zł za łóżko w sezonie najpewniej nie znajdziecie Państwo w żadnym condo- czy aparthotelu. Ale jeśli jesteście skłonni zapłacić w kurorcie 40-60 zł od osoby (a takie oferty dominują w czasie wakacji), to condo- czy aparthotel (np. w takich Międzyzdrojach czy Władysławowie) wcale nie musi być droższą opcją. A standard często jest bez porównania wyższy. Oczywiście łazienka i telewizor jest już wszędzie. Internet bezprzewodowy też powoli staje się normą. W apartamencie wakacyjnym macie jednak przestrzeń oraz w pełni wyposażoną kuchnię, dzięki czemu możecie upichcić coś dziecku, albo zaoszczędzić pieniądze i zdrowie rezygnując od czasu do czasu z posiłków w barach i smażalniach. Dla mnie frajdą jest poranna kawa na tarasie. W poprzednie wakacje mój kolega zafundował swojej żonie i dzieciakom tygodniowy pobyt w takim apartamencie w Międzyzdrojach. Wróciła zachwycona. - W kuchni było wszystko, nawet tabletki do zmywarki - opowiadał mi potem kolega. A koszt? W apartamencie mieszkała żona kolegi i jej przyjaciółka. Każda z dwójką dzieci. Zapłaciły w sumie 2 tys. zł, czyli po niespełna 50 zł od osoby za dobę.
Ten kompleks apartamentów wakacyjnych Aquamarina w Międzyzdrojach uzyskał tytuł Budowa Roku 2010 A wracając do biznesowej strony condohoteli. Lion’s House i Home Broker opublikowały raport, w którym większość doradców tych firm prognozuje, że „rok 2012 może przynieść wzrost popularności strategii inwestycyjnej polegającej na zakupie pokoju hotelowego w wakacyjnym kurorcie. Sprzyjają temu złe nastroje na rynkach akcji, a także wysoka inflacja, która „zjada” zyski z lokat bankowych”.
W Lion’s House i Home Broker zwracają uwagę, że inwestorzy mogą skorzystać z dwóch rozwiązań. Jednym jest zakup samodzielnej nieruchomości (domu czy apartamentu), a drugim zakup pokoju w hotelu. W pierwszym przypadku inwestorzy zazwyczaj powierzają kwestię najmu firmie pośredniczącej. Za kompleksową usługę zarządzania najmem pobiera ona zazwyczaj wynagrodzenie na poziomie 20- 25 proc. przychodów. Rentowność tego typu inwestycji w popularnych kurortach przeważnie zawiera się w przedziale od 4 do 7 proc. wartości nieruchomości. Natomiast w przypadku condohotelu, nabywca pokoju zawiera z firmą zarządzającą wieloletnią umowę najmu. Przychody wahają się w przedziale od 6 do 10 proc. wartości nieruchomości rocznie. W kalkulacji potencjalnych zysków, analogicznie jak w przypadku lokat i giełdy, trzeba jednak uwzględnić konieczność zapłaty podatku.
wtorek, 10 stycznia 2012
Odebrałem wczoraj telefon od kobiety, która zaczęła od prośby, czy mogę oddzwonić na jej komórkę. Być może jestem naiwny, ale zgodziłem się, bo w głosie tej kobiety wyczułem rozpacz. W trakcie rozmowy usłyszałem, że jest ona biedna i schorowana (depresja) i tylko ja („Gazeta”) mogę ją wybawić z opresji. Okazało się, że moja rozmówczyni wdała się w spór sądowy dotyczący przekształcenia spółdzielczego własnościowego prawa do lokalu w prawo odrębnej własności. Do mieszkania jest przypisana piwnica, ale w akcie notarialnym spółdzielnia zaliczyła ją do powierzchni wspólnej budynku. W praktyce właścicielka mieszkania jest nadal użytkowniczką tej piwnicy, ale jej właścicielem pozostaje spółdzielnia. Kobieta uparła się jednak, że piwnica ma być pomieszczeniem przynależnym do mieszkania, czyli powinna być - tak jak ono - jej własnością.
wtorek, 03 stycznia 2012
To tytuł blogu Jacka Bieleckiego, dyrektora generalnego Polskiego Związku Firm Deweloperskich. Właśnie jestem po lekturze jego dwóch najnowszych wpisów. I mam mieszane uczucia. Z jednej strony bardzo szanuję Jacka Bieleckiego, że zdecydował się na publiczne prezentowanie swoich poglądów. Jednak szczerze mówiąc mam wątpliwości, czy to co pisze jest odzwierciedleniem jego faktycznych odczuć, czy deweloperskim PR-em. Wspomniałem o tym, bo uważam, że nawet gdyby to ryzyko wynosiło 5 proc., nie wolno go lekceważyć. I nie sądzę, by jakikolwiek poważny deweloper, a tym bardziej Jacek Bielecki, nie odczuwał lęku na myśl o konsekwencjach problemów, z jakimi borykają się niektóre kraje strefy euro. Ale czy wypada dzielić się tymi obawami w blogu? Po co straszyć potencjalnych klientów członków swojej organizacji. Wszak obawiają się oni „efektu psychologicznego”, jaki wywołuje ciągle ględzenie o kryzysie. Dalej Jacek Bielecki pisze, że deweloperzy dość szybko dostosowali swoją ofertę do możliwości klientów. Obecnie „przeważają w niej mieszkania w odleglejszych lokalizacjach, budowane oszczędniej i można powiedzieć w sumie o nieco niższym standardzie”. Ponadto „sposobem dostosowania się do realnych możliwości rynku jest też zmniejszenie produkcji i to już widać po malejącej liczbie rozpoczynanych budów”. Jacek Bielecki twierdzi, że nie jest on w niczyim interesie. Nie będę przytaczał argumentów tego eksperta (zainteresowanych odsyłam do jego blogu). Ja jestem innego zdania. Owszem, gwałtowny spadek cen może być groźny dla banków i ich klientów, których zadłużenie przewyższyłoby wartość nieruchomości. Dla prawdopodobnie 300 tys. nieszczęśników, którzy wzięli kredyt we frankach szwajcarskich dodatkowym problem jest osłabienie złotego względem tej waluty. Ale czy właściciele mieszkań nieobciążonych kredytem mogą mieć poczucie zubożenia? Nie sądzę. Wręcz przeciwnie wielu ułatwi zamianę mieszkania na większe, bo wymagałoby to będzie zaciągnięcia mniejszego niż obecnie kredytu.
piątek, 30 grudnia 2011
W ostatnich dniach zostałem wręcz zasypany lawiną podsumowań mijającego roku na rynku mieszkaniowym. Ze wszystkich tego typu analiz, produkowanych przez firmy i serwisy nieruchomościowe, można się było dowiedzieć, że ceny generalnie spadły. Pytanie, jak duże to były obniżki? Serwis Oferty.net podaje, że „minione 12 miesięcy zaowocowało spadkami średnich cen ofertowych mieszkań w 17 spośród 18 analizowanych miast. O ponad 6 proc. niższe niż przed rokiem są aktualne stawki w Gdyni i Sopocie, o ponad 5 proc. spadły ceny w Bydgoszczy, Wrocławiu, Łodzi, Kielcach i Szczecinie. O 2,6 proc. niższe są ceny mieszkań wystawionych do sprzedaży w grudniu na największym w Polsce rynku - warszawskim. Niewielki spadek cen w porównaniu z końcówką roku 2010 zanotował Olsztyn (0,4 proc.) i Rzeszów (0,8 proc.). Jednak najbardziej zaskakujący jest wynoszący 1,8 proc. wzrost średniej ceny ofertowej w Katowicach”.
Żródło: Raport oferty.net i Open Finance Sęk w tym, że według innego serwisu Szybko.pl., ceny ofertowe mieszkań w stolicy Górnego Śląska spadły w ubiegłym roku o 1,6 proc. Serwis ten przekonuje, że tegoroczne „obniżki są porównywalne z okresem pierwszego kryzysu z 2009 r.”! „Najwyższe procentowe obniżki cen miały miejsce w Łodzi - o 14,4 proc., Wrocławiu - o 10,9 proc. i Gdańsku - o 9,4 proc. Spadki powyżej 5 proc. odnotowujemy w Olsztynie, Warszawie, Opolu, Szczecinie, Gdyni i Poznaniu. Jedyne miasto, gdzie cena w zasadzie nie uległa zmianie to Toruń. W Katowicach, Białymstoku, Sopocie i Krakowie spadki są mniejsze niż 3 proc. w skali roku”.
Źródło: Raport: Szybko.pl, Metrohouse i Expander Te różnice nurtowały mnie do tego stopnia, że zerknąłem do danych GazetyDom.pl. Według tego serwisu, w stolicy średnia cena ofertowa spadła o ok. 2,4 proc., a we Wrocławiu - o 5,4 proc. Z kolei w Łodzi serwis odnotował 3-proc. spadek. Dość! Przypomnę to, o czym wielokrotnie pisałem w tym blogu, średnie ofertowe wskazują jedynie trend, a ten wszędzie jest spadkowy. No dobrze, a co ze średnimi cen transakcyjnych? Tych dostarczyły m.in. firmy Metrohouse&Partnerzy oraz Home Broker i Open Finance. Ta pierwsza podaje, że „w najszybszym tempie spadały ceny w Łodzi. Od przełomu 2010/2011 r. średnia cena transakcyjna metra kw. obniżyła się o 9,5 proc. W Krakowie w ciągu tego roku ceny spadły o 2,9 proc., w Poznaniu o 2,6 proc., a we Wrocławiu, Warszawie i Gdańsku spadki nie przekroczyły 1 proc. Na lekkim plusie zakończy rok rynek mieszkaniowy w Gdyni. Mieszkania taniały nierównomiernie, w zależności od rodzaju i wielkości lokalu”.
Źródło: Raport: Szybko.pl, Metrohouse i Expander Według Home Brokera i Open Finance, w ciągu ostatnich 12 miesięcy najbardziej spadła średnia cena transakcyjna w Katowicach - o 7,4 proc. A w Krakowie? O dziwo, wzrosły o niespełna 1 proc. Za to w Warszawie Home Broker odnotował większy, bo 3,5-proc. spadek średniej, czyli sporo wyższy niż podał Metrohouse.
Jako ciekawostkę podam Państwu opinię pośredników w obrocie nieruchomościami. Polska Federacja Rynku Nieruchomości przeprowadziła ankietę, z której wynika, że obniżki cen transakcyjnych wyniosły od 10 do nawet 20 proc. i dotyczyły głównie lokali w mniej atrakcyjniejszych lokalizacjach lub w gorszym stanie technicznym. Np. w Warszawie spadki sięgają nawet 15 proc. w stosunku do cen z roku 2010! No cóż, założę się, że każdy z Państwa ma jeszcze inny pogląd na tę sprawę. Niestety, Amron opublikuje swój raport najpewniej dopiero w lutym. Te dane chyba można uznać za najbardziej wiarygodne. A tymczasem życzę Państwu wszystkiego najlepszego w Nowym Roku. |
Archiwum
Ostatnie wpisy
Od ponad 17 lat dziennikarz „Gazety Wyborczej”. Od 16 lat w dziale gospodarczym „Gazety”, gdzie zajmuje się nie tylko problematyką związaną z budownictwem i rynkiem nieruchomości (w tym m.in. kwestiami finansowymi), ale także reprywatyzacją i rynkiem zamówień publicznych. |